Mars Society Polska:
  ::  Strona główna
  ::  Zarząd
  ::  Dane MSP
  ::  Statut stowarzyszenia
  ::  Deklaracja założycielska
  ::  Raporty

  Projekty:
  ::  Projekt MPV

  Zbiory MSP:
  ::  Archiwum artykułów
  ::  Zdjęcia i animacje
  ::  Forum
  ::  Księga gości
  ::  Linki

  MS na świecie:
  ::  Kwatera Główna w USA
  ::  Wielka Brytania
  ::  Kanada
  ::  Australia
  ::  Pozostałe oddziały
 
Wywiad z prof. Aleksandrem Wolszczanem
<< cofnij




Zobacz: Więcej szczegółów
Wywiad pochodzi z książki "Gen ciekawości" , wydanej nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Wywiad zamieszczamy za zgodą i dzięki uprzejmości wydawnictwa.


Sławomir Zagórski - Gen ciekawości

Data wydania: 29 stycznia 2004

Dziennikarze "Gazety Wyborczej" - SŁAWOMIR ZAGÓRSKI, Anna Bikont, Jacek Hugo-Bader, Piotr Pacewicz, Artur Włodarski i Michał Matys - rozmawiają z luminarzami nauki światowej i polskiej na temat ich odkryć i osiągnięć, ale też problemów i rozterek związanych z uprawianiem konkretnych dyscyplin. Rozmówcami są: Aleksander Wolszczan (astronom), Piotr Słonimski (genetyk), Tadeusz Bielicki (antropolog), Georges Charpak (fizyk), Elliot Aronson (psycholog społeczny), Małgorzata Kossut (neurobiolog), Hilary Koprowski (mikrobiolog), Jerzy Vetulani (farmakolog), Peter Singer (bioetyk), Robert Cialdini (psycholog społeczny), Ewa Bartnik, Andrzej Jerzmanowski, Piotr Stępień (genetycy), Carl Djerassi (chemik), Andrzej K. Tarkowski (embriolog), Konrad Fiałkowski (elektronik i informatyk), Wojciech Kołątaj (architekt).


Aleksander Wolszczan
Astronom. Studiował na Uniwersytecie M. Kopernika w Toruniu. W 1982 r. wyjechał do USA. Pracował na słynnym Cornell University, potem na Princeton University. Wszedł w skład ekipy prowadzącej badania za pomocą największego na świecie radioteleskopu w Arecibo (Portoryko). To właśnie tam w lutym 1990 r. odkrył pulsara PSR B1257+12, a dwa lata później - jego własny system planetarny. Oznaczało to - jak doniósł 9 stycznia 1992 r. tygodnik "Nature" - odnalezienie pierwszych planet w Kosmosie poza Układem Słonecznym. Początkowo nie wszyscy zgadzali się z tą interpretacją wyników. 22 marca 1994 r. Wolszczan opublikował nowe dane na temat odkrytego przez siebie układu planet, rozwiewając wszystkie dotychczasowe wątpliwości. Cztery i pół roku później "Astronomy" uznało go za jednego z dwudziestu pięciu największych odkrywców wszech czasów. W lipcu 1999 r. "Nature" zaliczyło pracę Wolszczana do szesnastu najbardziej fundamentalnych dla nauki spośród wszystkich, jakie zostały opublikowane na łamach tego tygodnika.



WIELKA ZABAWA

Z profesorem Aleksandrem Wolszczanem rozmawiają Jacek Hugo-Bader i Sławomir Zagórski
* /Wywiad ukazał się w "Magazynie Gazety Wyborczej" 27 maja 1994 r./

          Dziś nazwisko Aleksander Wolszczan zna niemal każde polskie dziecko. Ale kiedy niespełna dziesięć lat temu ruszaliśmy z Jackiem Hugo-Baderem na spotkanie z Wolszczanem, jego dokonania były znane wyłącznie specjalistom. Mam więc po latach satysfakcję, że o ile profesor odkrył pierwsze planety poza naszym Układem Słonecznym, o tyle my odkryliśmy go dla Polaków.
          Jadąc wiosną 1994 r. do Piwnic pod Toruniem, zachodziliśmy w głowę, jak naprawdę wygląda Wolszczan. Skąd te wątpliwości? Otóż dwa lata wcześniej, kiedy profesor doniósł o swoim odkryciu, "Gazeta" pytała o to jego dawnych kolegów. Dla jednych był wysokim brunetem bardzo dbającym o powierzchowność, dla innych niepozornym łysiejącym chudzielcem. Jeszcze inny kolega upierał się, że Alex to atletyczny facet ("o, taki w barach") z długimi, tłustymi włosami, w powyciąganym swetrze. Sąsiadka z bloku nazwała Wolszczana rudzielcem. Tymczasem profesor okazał się starannie przystrzyżonym blondynem, średniej budowy ciała i średniego wzrostu, w schludnym sportowym odzieniu.
          Pamiętam również, że praca nad tekstem zaczęła się od zgrzytu. Hugo-Bader oświadczył stanowczo: "Robimy dwa oddzielne wywiady - twój będzie poważny i naukowy, a obok mój - wywiad profana". "Nic z tego - zaprotestowałem. - Chcesz, żeby u mnie wiało nudą, a u ciebie się iskrzyło? Albo razem, albo w ogóle". Dobrze, że udało mi się w końcu przekonać Jacka, bo gdyby nie on, w rozmowie nie padłyby pytania o Boga i UFO, a gdyby nie ja, profesor nie opowiedziałby tyle o planetach, pulsarach i radioastronomii.
          Dziś poszukiwania obcych planet są już osobną, poważną dziedziną badań. Liczba znalezionych planet przekroczyła setkę. Spora w tym zasługa polskich astronomów, którzy wynaleźli metodę "hurtowego" ich wykrywania. Odkrywanie planet stało się więc do pewnego stopnia polską specjalnością. Jednak Wolszczanowi pierwszeństwa w tym względzie nikt już nie odbierze.


Czy miał pan w pracy taki moment, kiedy już pan wiedział na pewno: "odkryłem planetę - eureka!"?

Tak. Opracowałem model, dopasowałem do niego dane obserwacyjne i raptem wszystko pasowało idealnie. Ten pomysł, taki trochę zwariowany, okazał się rzeczywistością. To było olśnienie.

Wybiegł pan z pracowni. Komu pierwszemu pan o tym powiedział?

Znajomemu astrofizykowi, w windzie. Byłem tak podniecony, że kiedy tylko się nawinął pierwszy znajomy facet, musiałem mu natychmiast o tym opowiedzieć.

I on uwierzył w odkrycie nowych planet krążących wokół pulsara?

Nie, ale uznał tę wiadomość za tak fantastyczną, że tego samego dnia poprosił, żebym przyszedł na spotkanie planetologów i po prostu o tym opowiedział.

Co to są pulsary?

To pozostałości po sporej gwieździe, której materia po efektownym wybuchu ulega silnemu zagęszczeniu. Pulsary mają masę zbliżoną do Słońca, lecz ich średnica wynosi zaledwie kilkanaście kilometrów. Dzięki temu mogą niezwykle szybko wirować wokół własnej osi, zachowując się jak prawdziwa kosmiczna latarnia morska. Odnaleziony przeze mnie w 1990 roku pulsar, zwany PSR B1257+12, obraca się sto sześćdziesiąt razy na sekundę, omiatając niebo snopami promieni radiowych. Obserwator z Ziemi może rejestrować powtarzające się regularnie błyski radiowe - jest to ów efekt latarni morskiej lub tykania zegara.

Na czym polegało odkrycie pańskich planet?

Okazało się, że ów precyzyjny zegar ni z tego, ni z owego raz się spóźnia, a raz przyśpiesza. Doszedłem do wniosku, że zakłócenia te mogą wywoływać tylko krążące wokół niego planety.

A czy nie można było tych planet po prostu zobaczyć?

Nie. Najlepsze urządzenia optyczne umożliwiają dziś wykrycie wokół gwiazd obiektów dopiero tak dużych jak Jowisz. Wszystkie dotychczasowe poszukiwania odległych "Jowiszów" zakończyły się fiaskiem. Być może takie planety giganty są więc w Kosmosie wyjątkiem, a istniejące systemy planetarne składają się z niewielkich obiektów, zbliżonych wielkością do Ziemi.

I na ich dostrzeżenie nadal nie ma szans?

Są, ale trzeba uzbroić się w cierpliwość albo wynieść się z tymi badaniami poza atmosferę ziemską, zamazującą obraz.

Co pan wie o swoich planetach, których nie widać?

Na przykład to, że prawdopodobnie są z żelaza.

Takie zakute bambule. Latające odważniki. I ta ogromna odległość - tysiąc trzysta lat świetlnych...

Znamy także pulsary położone bliżej.

Więc dlaczego pan się za nie nie zabrał?

Owszem, zabrałem się. Niestety, ich zegary chodzą tak dokładnie, że nie ma tam czego szukać. Do tej pory astronomom udało się znaleźć około sześciuset pulsarów. Naprawdę jest ich znacznie więcej, a wokół niektórych prawdopodobnie krążą planety.

Ale za każdym razem jest to bardzo daleko od Ziemi?

Niedawno Anglicy odkryli pulsar w odległości zaledwie stu osiemdziesięciu lat świetlnych.

Dla pana sto osiemdziesiąt lat świetlnych to jest "zaledwie"?

Rzeczywiście, w astronomii człowiek po pewnym czasie przestaje sobie zdawać sprawę z odległości.

Pochodzi pan z religijnej rodziny. Był pan ochrzczony, był pan u Pierwszej Komunii, później bierzmowanie...

Już nie.

W rozmowie z astronomem trzeba zboczyć w tę stronę. Czegoś się w końcu w tym Kosmosie szuka, może się człowiek przypadkowo o te rzeczy tam ociera...

Człowiek niesłychanie często ociera się o nieznane, nie trzeba być astronomem.

Czy myśli pan wtedy o jakimś sacrum?

Nie powiedziałbym, choć nie jest to coś, co się z lekkim sercem odrzuca. Myślę, że najlepszym podejściem jest nie odrzucać niczego. Zmniejszamy wówczas ryzyko, że w Kosmosie przegapimy Coś Wielkiego.

Na przykład Boga?

Na przykład.

Ale przecież nie jest pan wierzący.

Powiedziałem już, że niczego nie można wykluczać.

Nie wyklucza pan też istnienia życia we Wszechświecie.

To jest dokładnie to samo.

Bóg żyje.

Właśnie.

A czy miał swój udział w powstaniu Wszechświata?

Musieliby panowie zapytać o to kosmologów. Oni są znacznie bliżej łapania Boga za nogi. Zajmują się teorią Wielkiego Wybuchu.

Był tam element boski?

Tak nie można myśleć. My naprawdę nie mamy pojęcia, co się za tym wszystkim kryje. Z fizyki i innych nauk ekstrapolujemy prawa, według których chcemy opisać cały Kosmos, prawa, które obowiązują w tej części Wszechświata. Nauka zakłada, że prawa te obowiązują wszędzie, że wszędzie istnieje taka jednorodność, bo inaczej nie miałaby sensu. Ale czy to założenie jest słuszne? Prawdopodobnie tak.

Czy pańscy studenci dociskają pana w tych sprawach, które nas tak interesują?

Nie, umawiamy się na początku, że religijny aspekt życia we Wszechświecie to coś, o czym nie będziemy rozmawiać.

To pan tak się z nimi umawia.

I oni chętnie się na to zgadzają. Rozmaitość religijna jest tam tak ogromna, że tego rodzaju dyskusje do niczego dobrego by nie doprowadziły.

Nie mielibyście kłopotu z odkrytym Bogiem...

Tylko czym jest Bóg?

Czy wsłuchując się w fale radiowe docierające do Ziemi, myśli pan, że natrafi na planetę, na której będzie życie? Co pana najbardziej podnieca? Odkrywanie planet? Poszukiwanie życia w Kosmosie?

Napędem większości z nas - myślę tu nie tylko o astronomach - jest odkrycie czegoś.

Ciągle chcemy być odkrywcami?

Tak. Myślę, że to jest wbudowane w naturę ludzką. W moim wypadku odkrywanie nowych obiektów na niebie, nowych zjawisk, jest wspaniałym motorem działania i źródłem niezwykłej satysfakcji i dla rozumu, i dla emocji. To jest wielka zabawa.

Która pożera wszystko.

Przede wszystkim czas. Tu, w Polsce, stale jestem podłączony do poczty komputerowej i do telefonu, ponieważ wciąż muszę pilnować swoich spraw. To jest naprawdę iście wariacki sposób życia. W zeszłym roku byłem w Warszawie na zjeździe Polskiego Towarzystwa Astronomicznego. W grudniu na Hawajach, w styczniu na konferencji w Aspen w stanie Colorado, w marcu w Arecibo na Portoryko, w kwietniu w Niemczech. Na dziesięć dni pojechałem do Stanów zobaczyć się z rodziną i zrobić pranie, teraz jestem tutaj, potem do Holandii w lipcu - i tak jest cały czas.

Lubi pan takie życie?

Bardzo nie lubię, jak się nic nie dzieje. Nie znoszę siedzieć bezczynnie.

Można jeździć na nartach wodnych, można się wspinać, grać w golfa, można robić miliony rzeczy...

Tak, ale czy nie przyjemniej jest odkryć planetę? Rezygnacja z nart wodnych czy innych przyjemności czasem się opłaca.

A co się panu teraz opłaca?

Po powrocie zajmę się produkcją trzydziestosekundowych filmów reklamowych o moich planetach. Uniwersytet będzie je pokazywał w przerwach meczów futbolowych naszej drużyny "Penn State". W filmie mam siedzieć ze studentami i coś im tłumaczyć.

To jest, krótko mówiąc, sprzedawanie gwiazdy, tak jak swego czasu uniwersytet w Berkeley sprzedawał Miłosza.

Wszystkie uniwersytety tak robią, to normalna rzecz. Nikt się nie obraża, bo taka akcja może przyciągnąć pieniądze. To, co powiem, jest może nieskromne, ale fakt, że na jakiejś uczelni wykłada facet, który znalazł planety, jest dodatkową atrakcją, reklamą dla uniwersytetu i jego wydziału astronomii i astrofizyki. Niestety, ta reklama zajmuje mnóstwo czasu. Gdyby nie to, że mam bardzo dobry zespół pomocników, bardzo trudno byłoby mi kontynuować badania.

Pracują na lidera?

Dla siebie również. Ale praca dla kogoś, kto ma nazwisko, pomaga w karierze. Każdy tak myśli.

Czy wiadomości dotyczące pańskiego pulsara w ogóle się do czegoś przydadzą?

Mogą poszerzyć wiedzę na temat powstawania planet w Kosmosie. Ze studiów nad Układem Słonecznym wiadomo, że prawdopodobnie powstał on z dysku materii, otaczającego dawno temu naszą gwiazdę. Z czasem dysk ten uległ kondensacji i w ten sposób właśnie powstały planety. Odkryty przeze mnie układ najpewniej powstał również z wokółpulsarowego dysku. Dalsze analizy "mojego" układu, a także następnych, które, mam nadzieję, będą odkrywane, powiedzą nam, w jaki sposób z dysku powstają planety. W przyszłości będzie można użyć tej wiedzy również do poszukiwań planet wokół zwykłych gwiazd typu Słońca.

Czy ludzie, którzy płacą w Stanach za pańskie badania, pytają, co z tego będą mieli? Czy to będzie tylko odkrywanie następnych pulsarów?

Efektowne odkrycia naukowe zawsze oprócz wartości poznawczej mają spory efekt przyciągający, nie tylko fundatorów. Również znaczenie dydaktyczne takich odkryć jest olbrzymie. Ostatnio otrzymuję od uczniów szkół średnich masę listów z miniprojektami naukowymi. Powtarzają się w nich także prośby o materiały i krótką odpowiedź. To dla tych młodych ludzi ważna motywacja do zainteresowania się nauką, toteż odpowiadam na nie zawsze bardzo skrupulatnie.

Czy uczony w Stanach sam stara się o pieniądze na badania? A może jest pan już tak sławny, że nie musi o nie zabiegać?

Można być nie wiem jak sławnym, ale jeśli się zaproponuje kiepski program, nazwisko nic nie pomoże. Oczywiście najwygodniej pod tym względem pracuje się w instytucjach czysto badawczych. Kiedy z takiej placówki przeniosłem się na uniwersytet, przeżyłem prawdziwy wstrząs. Nagle okazało się, że 30-40 procent czasu trzeba spędzać na liczeniu pieniędzy.

Czy naukowcy w Ameryce dobrze zarabiają?

Zależy gdzie i zależy jacy.

Astronomowie. Bardzo dobrzy astronomowie.

Znośnie. Na stanowisku tzw. pełnego profesora (full professor), zwłaszcza w sytuacji, gdy uniwersytet chce takiego człowieka zatrzymać - można żyć.

Rodzina chyba powinna mieć dość kogoś, kto bez przerwy przesiaduje w pracy.

To fakt, gdyby nie to, że są wyniki badań...

Co rodzinie po pańskich wynikach?

Moja piętnastoletnia córka cieszy się w szkole większą sławą niż ja. Często tłumaczy kolegom różne sprawy.

Dobra w tym jest?

Musiała się nauczyć.

W jakim kierunku jest uzdolniona?

W przeciwnym. To humanistka.

Pewnie nie cierpi pańskich podróży?

Zdarza się nam podróżować razem. Kiedy mieszkaliśmy w Arecibo na Portoryko, obie panie miały tam prawdziwy raj, nie życie. Były jedynymi blondynkami w każdym otoczeniu, zawsze na świeczniku. Bardzo chętnie wracamy na wyspę. Tak więc w tej chwili mamy właściwie trzy ojczyzny. Ciągle się wraca do Polski - tu czujemy, że jesteśmy w domu, ale na Portoryko także się czujemy jak w domu. No i teraz Ameryka jest trzecim domem.

Jak z pańskim obywatelstwem?

Mam tylko polskie i zieloną kartę. Nazwiska nie zmieniłem i nie zmienię, a wyobrażacie sobie, co oni wyprawiają z nazwiskiem Wolszczan. Mówią na mnie Alex. Przyzwyczaiłem się bardzo uważnie słuchać, żeby z potoku słów wyłowić swoje okrutnie zniekształcone nazwisko. Za to nigdy z ust studentów nie usłyszałem złego słowa z powodu mojego języka. A to, co studenci myślą o wykładowcy, ma kapitalne znaczenie. Pod koniec semestru wypełniają ankietę, która stanowi podstawę oceny pracownika uczelni.

I jak pana oceniają?

Jeśli nie robię żadnych eksperymentów - bardzo dobrze, jeśli zaś prowadzę wykłady niestandardowo, zmuszając przy tym studentów do galopu - nie najlepiej. Sami widzicie, że nie zawsze warto się wychylać i eksperymentować. Za nakłanianie do niestandardowego myślenia często dostaje się od studentów po głowie, niezależnie od kraju, w którym się wykłada.

Czy uprawia pan jogging i takie różne amerykańskie rzeczy?

Tak, tym się można łatwo zarazić. W Arecibo świetnie się biegało. Średnica teleskopu wynosi 305 metrów, więc obwód, wiadomo... To był świetny dystans do porannego biegu.

O Boże, litości. Ile to będzie przy średnicy 305 metrów?

Kilometr. Piękna sceneria: góry, dżungla - bieganie się nie nudzi.

Astronomią interesował się pan od dawna. Jako licealista wygrał pan ogólnopolską olimpiadę astronomiczną...

Nie wygrałem, byłem tylko jednym z laureatów.

Miał pan też własne obserwatorium na gołębniku.

Na strychu. Już wtedy zrodziła się myśl, że może kiedyś zajmę się tym bardziej serio. Jako młody chłopak myślałem po prostu, że strasznie fajnie byłoby coś odkryć. Dziś, po latach, jestem wciąż zszokowany, że do tego stopnia ziściło się tamto dawne marzenie.

Ale chyba na tym strychu dorobił się pan jakichś urządzeń do obserwowania nieba?

Miałem małą lunetę, przez którą mogłem zobaczyć na przykład cztery księżyce Jowisza. Takie urządzenie łatwo zrobić.

Sam pan je skonstruował?

Pomagał mi trochę ojciec, ale to była prosta sprawa. Zestawiliśmy po prostu kilka soczewek okularowych. Kiedy po raz pierwszy za pomocą mojej lunety udało mi się wypatrzyć księżyce Jowisza, byłem ogromnie podniecony.

Może to pana nakręcało dalej?

Tak, myślę, że najważniejszy był dla mnie właśnie ten impuls odkrywczy. Wszyscy w mniejszym czy większym stopniu nosimy go w sobie. Dla niektórych chęć odkrywania nieznanego to tylko przelotna myśl. Innych to pragnienie nie opuszcza przez długie lata.

Czy przy kosmicznych odległościach można podzielić planety na martwe i na te, na których ewentualnie mogłoby się pojawić życie?

Życie w takiej formie, jaką znamy, jest w ogóle nie do pomyślenia w pobliżu pulsarów. Energia produkowana przez mojego pulsara jest zbliżona do tej, jaką emituje nasze Słońce, ale ta, która dociera do jego planet, jest trzydzieści razy większa od energii słonecznej docierającej na Ziemię. Powinna tam więc panować temperatura rzędu kilkuset stopni, powiedzmy taka jak na Merkurym, co nie jest zbyt sprzyjające życiu. Tymczasem jest jeszcze gorzej - większość tej energii to silne promieniowanie elektromagnetyczne i niesamowicie szybkie cząstki, prawdziwie zabójcze dla organizmów.

Ale teoretycznie może istnieć inne życie, któremu nie będą przeszkadzały takie warunki?

Zostawiłbym tę sprawę otwartą.

To znaczy, że może być wszystko? Że nie będzie przeszkadzała nawet potworna temperatura, potworne promieniowanie i przyciąganie?

To jest podejście, które wiele osób z mojej i nie tylko z mojej branży sklasyfikowałoby jako science fiction. Trzeba uważać, bo na tym można wpaść. Kiedyś powiedziałem coś ze zbyt wielkim entuzjazmem o życiu we Wszechświecie...

...i koledzy w windzie się z pana śmiali.

Koledzy zawsze są najgorsi.

O Bogu nie rozmawia pan ze studentami, a o UFO?

Owszem, ale to nie ja mówię. Zawsze proszę kogoś o wygłoszenie referatu, kogoś, kto jest szczególnie napalony na ten temat i grzebie w literaturze.

Dlaczego nie pan o tym mówi?

Mnie nie wypada.

Bo to niepoważna sprawa?

Nie wiadomo. Ale fakt, że to ja bym o tym mówił, uczyniłby ją zbyt poważną. Trzeba zawsze uważać.

A w dyskusji bierze pan udział?

Oczywiście, ale na podium zawsze stoi jakiś student.

Straszna inżynieria.

Trzeba uważać. Studenci są agresywni, obcesowi, wszystko chcą wiedzieć. Przerywają pytaniami wykłady, są bardzo czuli na brak wiedzy.

Mówiąc wprost, wiedza o UFO jest tak mała, że łatwo się zbłaźnić, a Wolszczan to już na pewno nie może sobie na to pozwolić.

Cała wiedza o Wszechświecie jest wciąż jeszcze tak mała, że wykładając na ten temat, zawsze narażamy się na ryzyko zbłaźnienia. Ale o UFO niech lepiej wykłada wyróżniający się student.

Co pan mówi w tej dyskusji o UFO?

Że ich po prostu nie ma. To jest kompletna bzdura.

Czy nowy toruński radioteleskop to dobre urządzenie? Do Arecibo mu daleko. Tam 305 metrów średnicy, tu trzydzieści dwa.

To mały radioteleskop, ale jednocześnie na tyle duży, że można już nim robić interesujące rzeczy. Trzeba tylko wymyślać ciekawe, niestandardowe programy. Wiadomo, że nietypowe sposoby rozwiązywania różnych problemów na ogół prowadzą do zaskakujących wyników. Wszystko, co udało mi się zrobić interesującego, było wynikiem niestandardowego podejścia.

No tak, ale gdyby stosował pan dawniej to niestandardowe podejście tutaj, w Toruniu, to i tak nic by z tego nie było.

Kto wie? Żeby osiągnąć sukces, potrzebne są jednak warunki.

Czy trzeba wyjechać z Polski, by zrobić karierę naukową?

Każdy powinien kiedyś wyjechać. Z Ameryki również. Nie można popadać w rutynę, trzeba mieć kontakty, stykać się z innymi sposobami myślenia, innymi stylami pracy.

W Toruniu zamierza pan prowadzić nietypowe badania? Czego będą dotyczyły?

Chcemy między innymi poszukać silnych sporadycznych błysków radiowych z przestrzeni kosmicznej.

Skąd się biorą?

Nie mamy zielonego pojęcia. Postanowiliśmy jednak wspólnie z kolegami w Toruniu pokusić się o przeprowadzenie tych wysoce spekulacyjnych badań.

Czy w Kosmosie są takie ciała niebieskie, o jakich do tej pory w ogóle nie słyszeliśmy?

Z pewnością. Doświadczenie uczy, że udoskonalanie aparatury czy wymyślenie nowej procedury badań prowadzi na ogół do zupełnie niesłychanych wyników. Muszę się przy okazji zareklamować. Jedna z rzeczy, którą robię teraz ze studentami w Arecibo, to szukanie nowych pulsarów, krążących znacznie szybciej od wszystkich, które poznaliśmy do tej pory. Skonstruowaliśmy do tego specjalną machinę.

Co nam przyjdzie z odkrycia tak szybko wirujących pulsarów?

Jeśli znajdziemy ciało niebieskie, które obraca się na przykład dwa tysiące razy w ciągu sekundy, to być może odkryjemy inną, dziwną materię niesłuchającą praw Keplera. Trafienie na taki obiekt w Kosmosie byłoby naprawdę dużą bombą. Szukamy również pulsarów występujących w towarzystwie tzw. czarnych dziur. Jednym z celów naszej grupy jest dotarcie do granicy zwykłej materii. Jak panowie widzą, na laurach jeszcze nie spocząłem.

Jak pan nazwał swoją machinę?

Bardzo prozaicznie: PSPM - Penn-State-Pulsar-Machine.

A nie można ładniej? Imieniem kobiecym? Jak łódź podwodną?

Nie. Najpierw nasza maszyna musi znaleźć coś ciekawego i dopiero wtedy ją ochrzcimy.

A jak wy ze sobą rozmawiacie o tej maszynie?

Mówimy o PSPM.

To beznadziejne!

Zgadzam się całkowicie. Jak znajdzie czarną dziurę, to ją nazwiemy.

Swoje planety nazwał pan również w sposób mało wyszukany: A, B, C. Czy to uległo zmianie?

Jeszcze nie. Właśnie dowiedziałem się, że w Ameryce zakończył się konkurs na wymyślenie nazw tych planet. Najlepsze zostaną wysłane do Międzynarodowej Unii Astronomicznej, która jednak zajmie się tą całą sprawą nie wcześniej niż latem.
* /Planety Wolszczana do dziś nie doczekały się ciekawszych nazw/

A pana nikt nie zapyta o zdanie? Czyż to nie przywilej odkrywcy?

Myślę, że Unia niebawem zwróci się do mnie z prośbą o podanie własnych propozycji.

Już je pan przygotował?

Tak. Ale na razie utrzymuję to w głębokiej tajemnicy.

Czy znalezienie pierwszych planet w Kosmosie poza naszym Układem Słonecznym to odkrycie godne tej najwyższej nagrody?

Lepiej o tym nie mówmy.

Ale wszyscy o tym mówią... No dobrze, a jak się panu żyje po takim sukcesie? Czy nie jest tak, że teraz już musi pan co jakiś czas przydzwonić, dokonać czegoś niesamowitego?

Jest tak. Po prostu po roku rutynowej pracy, po wykonaniu iluś tam typowych analiz nagle robi się nudno i człowiek zaczyna sobie myśleć: najwyższy czas, by coś się już wydarzyło.

Czas, by znowu coś odkryć?

Tak. Oczywiście nie wystarczy pomyśleć, żeby zaraz tak się stało. Ale na szczęście mniej więcej co roku naszemu zespołowi udaje się dokonać czegoś takiego, że znów chodzę podekscytowany.

Ale gdyby to się nie udawało, denerwowałby się pan. Koledzy by pomyśleli: o, Wolszczan się kończy.

Nie. W tej chwili już tak nie myślę.

To znaczy osiągnął pan tyle, że nie musi sobie udowadniać, że jest dobry?

To trzeba sobie stale udowadniać, ale tyle rzeczy, które zrobiłem, już się przydało albo się przydaje, że nie muszę się już zamartwiać.

A może pan trochę za wcześnie dokonał odkrycia, które mogłoby być zwieńczeniem wszystkiego?

Nie. Myślę, że nie.

Który moment w pana życiu był najbardziej emocjonujący? O czym będzie pamiętał pan do śmierci?

Trudno powiedzieć. Chyba jak w górach odpadłem od ściany, na całą długość liny.

No tak, pan się wspinał. Z czego pan poleciał?

Och, to nie była żadna imponująca góra. Poleciałem w Tatrach, chyba gdzieś na Granatach. Spadłem z przewieszki z blokiem skalnym w objęciach. To było jednak bardziej emocjonujące niż odkrycie planety.



Ogólne pytania proszę kierować pod adres: kontakt@marssociety.pl
Copyright © The Mars Society 1998-2003
" Ziemia jest kolebką ludzkości, lecz nikt
nie pozostaje w kolebce do końca życia. "
-- Konstanty Ciołkowski, 1895

PRZYŁĄCZ SIĘ DODAJ DO ULUBIONYCH NAPISZ DO NAS FAQ